sobota, 20 sierpnia 2016

Pożegnanie z Mjanmą

Dzień przed wyjazdem z Mjanmy wybrałem się na wyprawę okrężną linią kolejową Rangunu. Na dworcu zastałem rozkład jazdy napisany wyłącznie po birmańsku, dwa otwarte okienka z których nie wiadomo które sprzedaje bilety (być może żadne) oraz równie zagubionego Taja, który podróżował po Mjanmie z matką. Dopytaliśmy się w końcu w jednym z okienek i okazało się, że bilety sprzedają na peronie, z którego odjeżdżał pociąg. Bilet kosztował zaledwie 200 kyatów - czyli 60 groszy. Potem, zupełnie jak w Polsce, pociąg zmienił peron w ostatniej chwili. Niezupełnie jak w Polsce, ludzie po prostu przebiegli przez tory w nowe miejsce.

Początkowo byłem trochę rozczarowany. Spodziewałem się spartańskich warunków, tłoku i pasażerów przewożących żywe kurczaki. Tymczasem pociąg okazał się całkiem wygodny. Służył wcześniej w kolejach japońskich i miał jeszcze ich oznaczenia (JR). Nie było tłoku. Pasażerowie nie robili niczego ciekawego. To ja wzbudziłem chwilową sensację, kiedy zacząłem się smarować kremem z filtrem UV - przyglądało mi się pół wagonu. Po dwóch deszczowych dniach w Rangunie na kilka godzin wyszło słońce.


Pociąg ożywił się, kiedy zatrzymaliśmy się koło targu i do wagonu wpakowały się handlarki zieleniną (→ nagranie). Całą drogę oglądały swoje towary i wymieniały się nimi. Stopniowo, kiedy minęliśmy połowę drogi i zaczęliśmy się zbliżać do centrum, pociąg zaczął się zapełniać. Przez okna wyglądały dzieci, które wkrótce wynalazły zabawę w chowanego - to jest chowały się przede mną, kiedy pojawiałem się w oknie z aparatem. Wkrótce jednak dwoje odważniejszych postanowiło zapozować mi do zdjęć:



W pozostałym czasie miałem zamiar spacerować po centrum. Poprzedniego dnia spędziłem interesujący wieczór próbując różnych rzeczy oraz obserwując ruchome uliczne karaoke (→ pierwsze nagranie, → drugie nagranie) i chciałem powtórzyć to doświadczenie. Niestety, drugi raz w czasie tego wyjazdu, zatrułem się. Wieczór spędziłem umierając w hotelu.

Początkowo o swój stan obwiniłem duriana, którego zjadłem poprzedniego wieczora - owoc, pomimo zapachu, jest nadspodziewanie dobry. Jednak brejowata konsystencja, która przypominała mi masę czekoladową, sprawiła, że nie wspominałem go dobrze. Bardziej doświadczeni znajomi uświadomili mnie jednak, że najprawdopodobniej były to kurczaki. Problemem mogą być lodówki, w których trzymane jest mięso, a które wyłączają się w czasie blackout-ów. W Rangunie jednak, była to pewnie kwestia kurczaka, który odczekał swoje na ulicy, zanim ktoś z restauracji go kupił. A ja błędnie zakładałem, że kurczaki w restauracji są dość bezpiecznym wyborem.

Następnego ranka przeżyłem jeszcze rozczarowanie kiedy okazało się, że w poniedziałki targ Bogyoke jest zamknięty. Ostatni dzień spędziłem oglądając kolejne ulice - każda z nich specjalizuje się w innego rodzaju sklepach i zakładach rzemieślniczych. I tak na przykład jest specjalna ulica elektryków, gdzie można naprawić albo kupić sprzęt, albo ulica krawców, gdzie siedzi ich kilkudziesięciu, przy maszynach do szycia.

Wieczorem pojechałem na lotnisko międzynarodowe i przeżyłem lekki szok. To było jak powrót do widmowej stolicy. Lotnisko było duże i kompletnie puste. Tego wieczora odlatywały z niego trzy samoloty, w tym nasz, który zatrzymywał się tu w drodze z Hanoi. Właściwie nie widziałem podróżujących Birmańczyków. Do mojego samolotu wsiadło trzydzieścioro Amerykanów i Europejczyków. Po przejściu przez bramki znaleźliśmy się w kompletnie pustej hali wyłożonej dywanami:

Był tam tylko jeden sklep, w którym można było dostać polską wódkę, ale nic birmańskiego. I jeszcze bar z kawą. Nie było kantoru, przez co wywiozłem z Mjanmy 40 tys. kyatów. Próbowałem je sprzedać w Dubaju:
- Do you buy Myanmar kyats?
- Who??
- Myanmar kyats!
- [śmiech] Nobody!
Będę je próbował sprzedać na forum podróżników.

I tak moja przygoda z Mjanmą dobiegła końca. Co bym zmienił w planie? Na pewno nie zatrzymałbym się w Meiktili i pojechał od razu nad Jezioro Inle. Mimo, że było drogie i niełatwo tam dojechać, to nie zrezygnowałbym z surrealistycznego Nay Pyi Taw. Gdybym miał się jednak zmieścić w tym samym czasie to pewnie nie pojechałbym do Pyain, a zamiast tego został dłużej nad jeziorem i poszedł na kilkudniowy trekking w góry.
Choć deszcze dały mi w kość tak naprawdę dopiero w Rangunie, to następnym razem do Azji południowo-wschodniej pojadę w porze suchej.

1 komentarz: