sobota, 10 września 2022

Pociąg do Probolinggo

Bilet na pociąg z Jogjakarty do Probolinggo dostałem mailem jeszcze w Polsce od IndoTravelTeam, u których zarezerwowałem wyjazd do wulkanów Bromo i Kawah Ijen. Miałem odjechać pociągiem Tanjung 288 o siódmej rano ze stacji Lempuyangan w Jogjakarcie.

Na dworcu okazało się jeszcze, że elektroniczny bilet należy wymienić na zwykły. Prawdopodobnie na jednym z automatów przy wejściu. Niestety nie wiem na pewno, bo obsługa zrobiła to za mnie, kiedy przyszedłem pod bramki z niewłaściwym (elektronicznym) biletem.

Przy wejściu na dworzec przechodzi się przez kontrolę bezpieczeństwa, podobną do tej (ale nie tak drobiazgową) jak na lotniskach.

Pociąg był początkowo zapełniony może w jednej trzeciej, ale stopniowo wypełniał się, w miarę jak zbliżaliśmy się do Surabaji, wielkiego miasta na wschodzie Jawy.


Obowiązywały miejscówki, trafiło mi się niestety miejsce przy przejściu, a wszystko przy oknach w pobliżu było zajęte, więc niewiele widziałem i nie za bardzo mogłem robić zdjęcia. A było na co patrzeć, bo po opuszczeniu miasta przez długi czas jechaliśmy przez pola ryżowe i minęliśmy z oddali przynajmniej dwa wulkany.
W pociągu obowiązywał nakaz noszenia masek, a dodatkowe dostaliśmy od obsługi pociągu.

W Surabaji zatrzymaliśmy się na dłużej. Cała droga z Jogjakarty do Probolinggo zajęła osiem godzin i czterdzieści minut. Więcej niż podobna trasa samochodem, choć w znacznie bardziej komfortowych warunkach.

Na dworcu w Probolinggo czekał już na mnie kierowca z biura turystycznego. Poznałem też kilka kolejnych osób, które przyjechały tym samym pociągiem i miały wyruszyć ze mną tej nocy do Bromo.

Prambanan

Prambanan jest drugim obok Borobuduru wielkim kompleksem świątynnym położonym w pobliżu Jogjakarty. Mniej znany od tamtej buddyjskiej świątyni, hinduistyczny Prambanan, jest także wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Prawdę mówiąc Prambanan zrobił na mnie większe wrażenie od Borobuduru, po którym wiele się spodziewałem, a mogłem go obejrzeć tylko z zewnątrz. Sporo czasu spędziłem tutaj chodząc wśród ruin i oglądając rzeźby i inne detale.

Na północ od głównej świątyni znajdują się dwie mniejsze Candi Lumbung i Candi Bubrah, a jeszcze dalej, około 10 minut marszu od Prambanan, wielka Candi Sewu. Jest wyraźnie bardziej zniszczona od Prambanan, ale moim zdaniem niemal równie interesująca.

Bilet do parku obejmuje wszystkie cztery świątynie, a także muzeum, które znajdowało się w sąsiedztwie Prambanan,

piątek, 9 września 2022

Borobudur

Borobudur to buddyjska świątynia, sprzed 1300 lat, jedna z największych na świecie. To chyba także najbardziej znany z indonezyjskich zabytków i pierwszy z powodów dla których zdecydowałem się w tym roku odwiedzić Jawę.

Zabytek faktycznie wygląda imponująco, ale można go obecnie obejrzeć wyłącznie z zewnątrz. Jeszcze kilka lat temu było inaczej, można było zwiedzać całą świątynię i wejść na jej szczyt. Do wyjazdu zachęciły mnie właśnie zachwycające zdjęcia ze szczytu, które kiedyś widziałem.

Świątynia została zamknięta w czasie pandemii, ale kierowca który przywiózł mnie na miejsce opowiedział mi inną historię. Podobno miejscowa społeczność buddyjska protestowała przeciwko masowemu napływowi turystów, którzy mieli między innymi wspinać się na miejscowe posągi.

Czy kiedykolwiek będzie znowu otwarta? Z tego co przeczytałem tak, ale dla zagranicznych turystów wyłącznie z przewodnikiem oraz w bardzo wysokiej (jak na pojedynczy zabytek) cenie 100 dolarów. To więcej niż zapłaciłem za trzydniowy bilet do strefy Angkoru w Kambodży, a tam świątyń było kilkadziesiąt (w tym równie wspaniały Angkor Wat), rozsianych na dużym obszarze.

Przed opuszczeniem tego miejsca udało mi się jeszcze znaleźć wzgórze, na północny zachód od świątyni, z którego rozciąga się widok na nią z dystansu. Prowadziła tam wpół zarośnięta ścieżka przez dżunglę, ale na szczycie była też restauracja, więc pewnie były i lepsze drogi. Widok byłby zapewne najlepszy około wschodu słońca. Po południu wyglądało to tak:

Przed wizytą w Borobudur zatrzymaliśmy się jeszcze w świątyni i klasztorze Mendut oraz przy świątyni Pawon. To zdjęcie z klasztoru Mendut:




wtorek, 6 września 2022

Jogjakarta

Do Jogjakarty trafiłem po południu 16 sierpnia, dzień przed indonezyjskim świętem narodowym. W całym mieście miało miejsce mnóstwo lokalnych uroczystości i zabaw. Tuż przed moim hotelem miejscowi zamknęli ulicę, otwarli coś w rodzaju sceny i były tam występy uczniów i uczennic. Zatrzymałem się na chwilę żeby zrobić zdjęcie, po czym zostałem schwytany przez jednego z organizatorów, usadzony na specjalnie przyniesionym krześle i poczęstowany przekąską, czymś w rodzaju wędzonego banana i orzeszków ziemnych.
Pan mnie zagadywał, zrobił zdjęcie (obcokrajowiec na jego uroczystości!), upewnił się że na pewno wiem, że indonezyjska flaga jest jak polska tylko odwrotnie, czyli krótko mówiąc był bardzo miły. Mimo wszystko oddaliłem się stamtąd dość szybko, kiedy zajął się kimś innym. Przedstawienie polegało na machaniu flagami i wykrzykiwaniu kwestii po indonezyjsku, więc po prostu niczego tam nie rozumiałem.

Na kolejne dni miałem umówionego kierowcę, który miał mnie zabrać do Borobudur i Prambanan - ale o nich jeszcze napiszę później. W samej Jogjakarcie zaczął od pokazania mi targu zwierząt, który na mnie zrobił ponure wrażenie. Jak zauważyłem mieszkańcy Jogjakarty lubują się w hodowli śpiewających ptaków, pełno jest klatek z ptaszkami przy domach. Ale no właśnie, to nie są dobre warunki dla zwierząt. W ogóle uważam, że nie powinno się trzymać ptaków śpiewających w klatkach, a na tym targu było ich pełno. A także kotów, psów, a nawet małp. Do tego jeden łaskun w klatce - z wpół przetrawionych przez te zwierzęta ziaren kawy wytwarza się słynną kopi luwak. Specjalnie dla mnie otwarto jeszcze worek z insektami, hodowanymi jako karma dla ptaków:


Co do kopi luwak, to wygląda na to, że to co było kiedyś dość ekskluzywnym i specyficznym, ale jednak rarytasem, teraz produkuje się na skale przemysłową. Muszą istnieć całe ogromne fermy, na których zamknięte w klatkach setki, a może tysiące łaskunów karmi się ziarnami kawy. Kopi luwak jest dostępna wszędzie w ogromnych ilościach. Na lotnisku i w pomniejszych sklepach z pamiątkami. W okolicach pałacu w Jogjakarcie kręcą się naganiacze w dużych ilościach, którzy próbują ściągnąć turystów do spróbowania "wyjątkowej kawy". Szczerze mówiąc, prawdopodobnie nie wypiłbym tej kawy nawet w czasach kiedy rzeczywiście była czymś niezwykłym. Nie wiem kto chciałby pić kopi luwak teraz, z masowej produkcji, z ziaren wysrywanych przez zwierzęta w przemysłowej hodowli. Obrzydlistwo...

W Jogjakarcie zobaczyłem jeszcze pałac sułtana i pałac wodny. W tym pierwszym kierowca uparł się, że potrzebuję przewodniczki. Nie wydaje mi się, żeby to było konieczne, widziałem ludzi bez. Nie do końca rozumiem po co to było, jeśli płaciłem za to coś ekstra to były to grosze. Z przewodniczką oglądałem meble sułtana, jego zdjęcia i obrazy, oraz słuchałem wypowiadanych monotonnym głosem opowieści z jego życia. Więcej swobody miałem przy przedstawieniu teatru cieni wayang. Przedstawienie jednak jak na mój gust było zbyt statyczne, lalki tkwiły cały czas w jednej pozycji, grała orkiestra, przez dłuższy czas nic się nie zmieniało.


Dużo ciekawszy był dla mnie pałac wodny. To zespół budowli, które na mnie robiły wrażenie lekkich i delikatnych, otoczonych ogrodem i fontannami:

Oczywiście wynajęcie kierowcy wiązało się też z odwiedzeniem kilku zaprzyjaźnionych warsztatów (premia dla kierowcy jeśli zrobię zakupy - powszechne w Azji). Zobaczyłem pracownię malarską, gdzie tworzone są obrazy w technice batik oraz warsztat gdzie powstają lalki do teatru wayang:

W Jogjakarcie musiałem też robić dość zwyczajne zakupy, żeby uzupełnić zapasy ubrań i kosmetyków, które zagubiły się po drodze. Nowy plecak, większość ubrań, kosmetyki znalazłem w centrum handlowym Malioboro. Prawdopodobnie mogłem to wszystko kupić taniej na bazarach, bo w sklepach w tym centrum ceny były zbliżone do polskich. Szkoda mi jednak było czasu na poszukiwanie trochę tańszych ubrań. Najtrudniej było znaleźć parasole, nie mogłem ich dostać nigdzie. W końcu udało się znaleźć płaszcz przeciwdeszczowy w mniejszym sklepie na tej ulicy. Musiałem długo tłumaczyć pani sprzedającej w tym sklepie czego szukam i bardzo ją przy tym rozbawiłem. Ze znajomością angielskiego w Indonezji jest dość słabo, a ci co mówią po angielsku mają wymowę, której chwilami w ogóle nie rozumiałem, więc nie zawsze łatwo jest się dogadać.

Na koniec jeszcze wyjaśnię kwestię nazwy. Bo spotkałem się na miejscu z bardzo różną wymową. Nie wiem jak powinienem zapisywać tą nazwę po polsku, więc używam Jogjakarta jako kalki z angielskiego. Pytałem kierowcy i podobno taka wymowa jest ok, ale też słyszałem czasem Dżogdżakarta, a w użyciu są także potoczne Jogja i Dżogdża.

piątek, 2 września 2022

O indonezyjskim ruchu drogowym

Nie pojechałem do Azji po raz pierwszy. Jeździłem po Indochinach, Indiach i Mjanmie - w tej ostatniej także jako kierujący skuterem, choć przyznaję, że w dość spokojnej, wiejskiej okolicy. W związku ze swoją pracą, dawno temu, spędziłem pół roku w Chinach. Było to zanim tamtejszy rząd wdrożył powszechny system nadzoru obywateli by odejmować im punktów za złe zachowanie, a więc w czasach gdy przekraczanie szanghajskiej ulicy było przygodą. Jednakże Indonezja, a szczególnie drogi na Jawie dostarczyły mi zupełnie nowych wrażeń.

Może to przez to, że tak dużo tego było. Poza dość standardowymi problemami zachodniego turysty w Azji, czyli co zrobić żeby przejść przez ulicę zachowując życie, mogłem popatrzeć na to z drugiej strony. Dwa długie dni spędziłem w samochodach, w czasie wyjazdu do wulkanów Bromo i Kawah Ijen z IndoTravel. Byłem wożony godzinami na skuterach i w taksówkach. Tkwiłem w beznadziejnym wielokilometrowym korku bez szans by zdążyć na zachód słońca w Tanah Lot. Tym razem nie zdecydowałem się na wynajęcie skutera, choć na Bali było to bardzo powszechne wśród zachodnich turystów. Ci jednak nie zawsze dobrze sobie radzili. Mnie odstraszał dość mocno lewostronny ruch uliczny. W połączeniu z tym chaosem, który widziałem, myślę że byłoby mi go trudno ogarnąć.

Drogi nie są nawet bardzo złe. Przypominają mi te z początku lat 90. w Polsce. Dla tych co nie pamiętają to mam na myśli drogi bez żadnych obwodnic i autostrad, przechodzące zawsze przez samo centrum miasta czy miasteczka, wąskie, bez chodników i często poboczy. Tu w miastach dochodzą jeszcze wąskie chodniki zapchane straganami, zaparkowanymi samochodami i skuterami. 

Całkiem typowa droga na Jawie

Moim zdaniem to co sprawia, że jeździ się tu tak ciężko to gigantyczne zatłoczenie tych dróg. Na Jawie, trzykrotnie mniejszej od Polski, mieszka blisko 150 milionów ludzi. Ze szczątkową komunikacją publiczną, poza Dżakartą, wszyscy ci ludzie dla załatwienia swoich codziennych spraw muszą dojechać gdzieś skuterem. Albo samochodem jeśli ich na niego stać. Właśnie dojechać, bo chodzenie po tych ulicach jest tak ciężkie, że łatwiej pewnie wsiąść na skuter. To, że ten system jeszcze jakoś działa, wynika wyłącznie z tego, że ogromna większość ludzi jeździ na skuterach. Omijając samochody z każdej strony, przemykając chodnikami jeśli trzeba, albo wąskimi zaułkami pomiędzy budynkami. Jeśli choć część z nich przesiądzie się kiedyś na samochody to punkt krytyczny zostanie przekroczony i ruch uliczny na Jawie zatrzyma się w jednym gigantycznym korku.

Pewnego popołudnia w Kucie chciałem dojechać do świątyni Tanah Lot. Podobno jest najpiękniejsza w czasie zachodu słońca. Nawigacja google'a pokazywała, że wyruszając za pół godziny zdążę tam z przeszło godzinnym zapasem. Głupi, poszedłem wynająć kierowcę w hotelu. Ten, niezbyt rozgarnięty, najpierw pojechał na południe, bo podekscytowany swoją własną opowieścią o jeździe do innej świątyni, zapomniał o właściwym celu podróży. Potem zawróciliśmy na północ. Utknęliśmy w korku długim na kilometry. Droga była dwupasmowa ze światłami na skrzyżowaniach. Uważam, że ciągle mieliśmy szansę, gdyby tylko miejscowi kierowcy powoli jechali dalej zamiast ustawiając się w "najlepszej pozycji" na skrzyżowaniach nie zajeżdżali sobie ciągle drogi. Wtedy mój kierowca zrobił coś jeszcze głupszego, próbując pojechać na pamięć jakąś boczną wąską drogą. W tym momencie naprawdę utknęliśmy przepychając się uliczkami. Obok nas chodnikami mijało nas dziesiątki skuterów. Ale nawet one czasem musiały się zatrzymać, na wąskich skrzyżowaniach gdzie policjanci usiłowali sterować tym chaosem. Na miejsce dotarliśmy pół godziny po czasie. Następnego dnia znalazłem kierowcę skutera, który mnie tam zawiózł. Po dwóch godzinach na twardym siedzeniu bolały mnie nogi i tyłek. Jednak dojechaliśmy, tak jak to widziałem poprzedniego dnia, przemykając pomiędzy stojącymi samochodami i po chodnikach.

Niektórzy kierowcy radzą sobie z tym jeżdżąc bardziej agresywnie od innych. Dotyczy to zdecydowanej mniejszości, ale wśród tych, którzy wożą turystów zdarza się dość często. Na przykład kierowca taksówki, który wiózł mnie z lotniska do centrum Jogjakarty miał następującą technikę pokonywania skrzyżowań: na czerwonym światle zjeżdżał na chwilowo pusty przeciwny pas ruchu. W momencie zmiany świateł przyspieszał mocno żeby przed najeżdżającymi z naprzeciwka wrócić na właściwy pas. Zwykle się udawało, chyba że po lewej mieliśmy kogoś kto nie był chętny by go wyprzedzać z prawej i też przyspieszał. Wtedy oczywiście kończyło się postojem na środku drogi, odtrąbieniem i wreszcie wryciem się przed kolejny samochód z lewej, którym akurat jechał ktoś bardziej skłonny ustąpić.

Inna bardziej powszechna technika, którą zaobserwowałem u kilku kierowców, polegała na udawaniu skrętu w lewo na skrzyżowaniu, po to by ustawić się do jazdy prosto. Po zmianie światła na zielone technika ta wymagała gwałtownego przyspieszenia żeby wyprzedzić wszystkie prawidłowo ustawione samochody na prawym pasie.

Absolutnie najgorszym kierowcą jakiego widziałem był pewien kierowca autobusu, który robił to powyższe, a także wyprzedzał nie dbając o jadących z naprzeciwka. W pewnym momencie zmusił tak skuter do ucieczki na pobocze, bez której prawdopodobnie jadąca nim para by zginęła.

Naszą dwudniową jazdę z Bromo na Bali pamiętam właśnie jako niekończącą się serię wyprzedzania samochodów i skuterów, a czasem prób wyprzedzania przerywanych gwałtownie gdy coś się jednak wyłoniło za zakrętu czy górki. A czasem prosiliśmy światłami samochód z naprzeciwka żeby zjechał na bok i wyprzedzaliśmy dalej.

Kierowcy stosują tu przeróżne sygnały dźwiękowe i świetlne, których części nie udało mi się rozszyfrować. Dużo mniej się tu jednak trąbi, w przeciwieństwie do Indochin gdzie była to podstawowa forma komunikacji. Bardzo mocno używane są światła. Np. awaryjne, tak jak u nas mogą oznaczać zagrożenie, podziękowanie, ale też jak się domyśliłem "wyprzedź mnie, nie mogę szybciej" (często stosowaliśmy na stromych podjazdach do wioski pod Bromo, gdzie nasz samochód dawał radę wyłącznie na pierwszym biegu), albo ogólnie "wyprzedzaj". Choć tego ostatniego nie jestem pewien. Tak to wyglądało u większości kierowców. Ale pokazywał nam to też ten wspomniany wyżej autobus, a jeśli u niego to znaczyło "wyprzedzaj" to chciał  nas wpuścić w maliny, a właściwie w ciężarówkę.

To, że nie dochodzi tu bez przerwy do śmiertelnych wypadków wynika chyba w głównej mierze z tego, że jeździ się dużo wolniej niż u nas. Wydawało mi się, że jedziemy szybko, ze względu na przyspieszenie i wyprzedzanie innych, a kiedy patrzyłem na prędkościomierz to okazywało się, że to zwykle około 65 km/h. Kiedy naprawdę "pędziliśmy" to było to maksymalnie 80 km/h. Przez to, że droga jest wąska, że tyle się dzieje, i że jedziemy na wysokich obrotach, wydaje się, że jest znacznie więcej.

Nietypowi pasażerowie

Częstotliwość zmiany pasa w trakcie prób wyprzedzania nadaje nowy wymiar przygodzie z przekraczaniem ulicy przez pieszych. Jeśli uważasz, że masz wolny pas i możesz posunąć się kilka kroków dalej, może cię nieprzyjemnie zaskoczyć  kierowca, który nagle wyłoni się za innego samochodu.

Kierowcom z kolei kolejnych atrakcji dostarczają grajkowie uliczni i sprzątacze. Szczególnie dużo widziałem ich w Jogjakarcie. Gdy samochody zatrzymują się na czerwonych światłach ci wchodzą na ulice i zaczynają grać na prostych instrumentach (najbardziej popularne było coś w rodzaju ukulele), a potem usiłują pobierać za tą grę pieniądze. Sprzątacze z kolei omiatają szyby samochodów miotełkami.

Spotykaliśmy też ulicznych handlarzy, którzy sprzedają towary prosto do samochodów. Obok dość pospolitych sprzedawców wody i jedzenia czasem widywaliśmy bardziej oryginalne przypadki. Np. na Bali mężczyzna miał do sprzedania półmetrowy model samolotu, którym, aby go godnie zaprezentować, "fruwał" ponad szybami czekających na światłach samochodów.

Na Bali powszechne jest wynajmowanie skuterów przez zachodnich turystów. Niektórzy radzą sobie dobrze, inni mniej, jak pewien mężczyzna, którego widziałem, kiedy nie potrafił się zatrzymać. Zamiast hamować dodawał gazu i głośno krzycząc "Stop! Stop!" obtłukł swój skuter o murek. Ogólnie jednak nie jest to zła opcja, a na pewno lepsza od prób poruszania się w tych korkach taksówkami.


Wjazd do Indonezji

Wiza

W tej chwili (początek września 2022), ze względu na COVID, nadal nie można dostać e-wizy na wjazd do Indonezji. Można natomiast dostać wizę w dniu przyjazdu, na wybranych lotniskach i w portach. W tym także na międzynarodowym lotnisku Soekarno-Hatta w Dżakarcie, gdzie przyleciałem.

Należy przygotować europejski certyfikat szczepień na COVID i 35 dolarów. Procedura jest bardzo szybka, po 10 minutach od momentu kiedy stanąłem w kolejce, miałem już wizę w paszporcie.


COVID

Przy wjeździe do Indonezji należy posiadać europejski certyfikat szczepień na COVID oraz  teoretycznie zainstalowaną i skonfigurowaną aplikację PeduliLindungi. Skonfigurowaną to znaczy z podłączonym profilem użytkownika w ich systemie. Stworzenie profilu nie jest zbyt skomplikowane, ale łatwiej to zrobić ze strony www, ponieważ aplikacja mimo prób przełączenia na angielski uparcie wraca do języka indonezyjskiego.

Praktycznie jednak tylko mój certyfikat został sprawdzony przy wjeździe. Albo coś się zmieniło w przepisach w ostatnim czasie, albo przepis dotyczący PeduliLindungi nie jest respektowany, bo nikt na lotnisku w Dżakarcie nie sprawdzał nawet czy mam ją zainstalowaną. Ostatni raz zrobili to Austriacy na lotnisku w Wiedniu przed wpuszczeniem mnie do samolotu.

W czasie przeszło dwutygodniowego pobytu ani razu nie zdarzyło się żeby ktoś zapytał o PeduliLindungi. Mój certyfikat szczepień został natomiast sprawdzony jeszcze jeden raz, przy wjeździe na Bali.

W samolotach, pociągu oraz w większych centrach handlowych obowiązywały maseczki. Jeśli chodzi o hotele, mniejsze sklepy i restauracje, to generalnie na Jawie ludzie raczej nosili maski. Na Bali znacznie rzadziej.


Internet

W hali przylotów lotniska w Dżakarcie, nieopodal stanowisk firm taksówkowych znajduje się stoisko z indonezyjskimi kartami SIM. Obcokrajowcy mogą kupić i zarejestrować do 5 kart SIM. Konieczne jest okazanie paszportu. Jeśli dobrze pamiętam to karta z 16 GB kosztowała 350 000 rupii (około 110 złotych). Po 15 dniach pobytu, po intensywnym korzystaniu (upload zdjęć, ściąganie map, rozmowy, rejestracja tras, czasem jako całodobowe zastępstwo słabego wifi w hotelu) nadal miałem jeszcze kilka niewykorzystanych gigabajtów. Przed zakupem karty warto zapytać, czy sieć działa w całej Indonezji, bo do wyboru było kilka tańszych kart, które działały wyłącznie na Jawie.

Inne spostrzeżenia

  • Ruch drogowy w tym kraju to hardcore, który opisze w osobnym wpisie. Na skrzyżowaniach działają jednak światła, które często są respektowane. To dobre miejsca do przekraczania ulic (na zielonym), ale należy przy tym bardzo uważać na samochody i skutery skręcające w lewo lub w prawo. To pieszy tutaj odpowiada za swoje bezpieczeństwo.
  • Do hinduskich świątyń na Bali można wejść wyłącznie z zakrytymi nogami. Przed wejściem miejscowi handlarze usilnie próbują sprzedać materiał do okrycia nóg turystom w krótkich spodniach. Można ich spokojnie zignorować. W każdym z tych miejsc można wypożyczyć coś do okrycia się w kasach biletowych, lub w ich pobliżu.
  • Zakupy: po utracie bagażu znalazłem tu wszystkie kosmetyki, których używałem w Polsce, można więc wielu rzeczy ze sobą nie przywozić. Tylko krem z filtrem UV był inny, bo z funkcją wybielania (?) - zapewne jak w większości krajów Azji nie lubią się tu opalać.

Plan na Indonezję i zagubiony bagaż

Pierwszy wyjazd poza Europę od dwóch i pół roku. Stresowałem się, bo wiele mogło się nie udać. Problemem mógł być sam wylot z Krakowa. Linie lotnicze nie odbudowały się jeszcze całkowicie po pandemii i anulowanie lotu zdarza się dość często. Bardzo krótki był czas na kluczową przesiadkę, tę która faktycznie wyprawiłaby mnie poza kontynent.

Plan był następujący: polecieć z Krakowa, w Wiedniu przesiąść się z samolotu Austrian Airlines na samolot Qatar Airways do Dohy - na zmianę samolotu miałem tylko godzinę. Z Dohy, po kilku kolejnych godzinach polecieć do Dżakarty. Tam przenocować, nie oddalając się zanadto od lotniska - zarezerwowałem hotel w Tangerang, które bezpośrednio sąsiaduje z międzynarodowym lotniskiem.

Następnego dnia rano wylecieć samolotem Super Air Jet do Jogjakarty i tam dopiero zacząć właściwe zwiedzanie Indonezji - zaczynając od kompleksów świątyń Borobudur i Prambanan pod tym miastem.

Dalej miałem zarezerwowany wyjazd z lokalnym biurem IndoTravelTeam na wschód, do wulkanów Bromo i Kawah Ijen, z zakończeniem podróży na Bali. Jeszcze przed wyjazdem z Polski dostałem z IndoTravel, zarezerwowany przez nich bilet kolejowy do Probolinggo na wschodzie Jawy.

Na Bali miałem zatrzymać się na pół tygodnia w Ubud, znanego z zabytków kulturalnego centrum wyspy. Potem kolejne pół tygodnia spędzić nad oceanem w Kucie, na południe od stolicy wyspy, Denpasar.

Na koniec wrócić samolotem Air Asia do Dżakarty, z jednym dniem na jej zwiedzanie, i stamtąd polecieć do domu, także przez Dohę, ale zamiast Wiednia, przez Warszawę.

Tymczasem czekałem na opóźniający się wylot z Krakowa. Samolot miał wylecieć planowo, ale wszystko przebiegało wyjątkowo ślamazarnie. Odprawa zaczęła się jakieś dwadzieścia minut za późno, potem powolne zbieranie pasażerów do autobusu, żeby zawieźć ich pod samolot. Wylecieliśmy z pół godzinnym opóźnieniem.

Przed wyjazdem zastanawiałem się czy brać ze sobą bagaż rejestrowany. Kosztem rezygnacji z wożenia kosmetyków byłem w stanie spakować się wyłącznie w bagaż podręczny. Popełniłem jednak błąd, bo zważyłem swój bagaż i uznałem, że 12 kg (mogłem mieć 7 kg) to za dużo. W rzeczywistości od bardzo dawna nie spotkałem się z ważeniem bagażu podręcznego i prawie na pewno także tutaj mogłem bez problemu zabrać do samolotu mniejszy plecak. W ostatniej chwili zdecydowałem się na bagaż rejestrowany.

W Wiedniu wieki całe czekałem, aż pierwsze rzędy spakują się i wysiądą (siedziałem gdzieś z tyłu), potem szybki bieg z wyprzedzaniem innych, automatyczna odprawa graniczna i wreszcie, spocony jak świnia (a przede mną dwa dłuższe loty) dotarłem na odprawę samolotu do Dohy. Prawie wszyscy przeszli już odprawę, miałem może kilkanaście minut zapasu.

W tym momencie wiedziałem już, że zabranie bagażu rejestrowanego było pomyłką, ale nadal do samej Dżakarty łudziłem się, że ktoś jednak zadbał o jego szybki transfer. W Dżakarcie na pasie do bagażu zamiast swojego plecaka wypatrzyłem walizkę z wydrukowaną listą ludzi do zgłoszenia się do biura zagubionego bagażu. Oczywiście byłem na tej liście.

Obsługa na lotnisku była całkiem miła i pomocna, czego nie można powiedzieć o samej linii lotniczej, ale do tego jeszcze wrócę. Wypełniłem druki, dostałem trochę pieniędzy (na najbardziej niezbędne rzeczy? na niewiele starczyło). Ponieważ miałem spędzić tylko jedną noc w Tangerang, podałem jako indonezyjski adres swój hotel w Jogjakarcie.

Szczęśliwie zabrałem kilka ubrań do podręcznego plecaka, miałem więc w co się ubrać przez kolejne dwa dni. Poleciałem też w trekkingowych butach, kupionych w ostatniej chwili na trekking na Kawah Ijen, gdzie jak przeczytałem bywa dość ślisko i francuski turysta zginął tam kilka lat temu ześlizgując się do kwaśnego jeziora.

W Jogjakarcie kupiłem wszystkie niezbędne kosmetyki. Sam byłem zaskoczony jakie było to łatwe. W sklepie jednej z indonezyjskich sieci (nie pamiętam już, która to była) kupiłem wszystko co znałem z Polski, włącznie z ulubionym antyperspirantem. Jednocześnie zacząłem odbudowywać zapasy ubrań. Tylko zacząłem, bo cały czas łudziłem się że bagaż po dniu lub dwóch dotrze do Jogjakarty.

To oczekiwanie było w tej sytuacji najgorsze. Gdybym od początku wiedział, że bagaż nie dotrze do mnie, zrobiłbym duże zakupy pierwszego dnia i zapomniał o sprawie na razie. Tymczasem zakupy były rozciągnięte w czasie, codziennie dokupywałem coś nowego. Czasem, czekając na przyjazd bagażu, dokonywałem złego wyboru. Na przykład kupując tanie klapki, podobne do tych które noszą tu miejscowi. Powiedzieć, że te buty obtarły mi stopy to nic nie powiedzieć. Po dniu chodzenia w nich miałem głębokie rany na obu stopach, które przez większą część wyjazdu zalepiałem potem plastrami (których z kolei szukałem w każdym miejscu-postoju).

Innym nieudanym zakupem była bielizna. O ile koszulki miały podobne oznaczenia jak w Europie, to bokserki w rozmiarze L, okazały się uszyte dla mikrusów. Serio, zastanawiałem się czy przypadkiem nie kupiłem czegoś przeznaczonego dla dorastających chłopców. Zdecydowanie jednak dział odzieżowy był męski i była to męska seria, ale o jeden i pół rozmiaru mniejsza niż w Europie.

Zniecierpliwiony usiłowałem się skontaktować z Qatar Airways, na kanale WhatsApp podlinkowanym ze strony ze statusem zgubionego bagażu. Odpisały mi tylko dwa boty, jeden że mam zaakceptować warunki komunikacji, a drugi (następnego dnia), że mam czekać na wolnego konsultanta. Możliwe, że drugi bot był człowiekiem, ale jeśli nawet to nadal nie był pomocny:


Na tym moja rozmowa z Katarczykami się zakończyła.

Ostatniego dnia w Jogjakarcie, zrezygnowałem z czekania i zrobiłem sobie większe zakupy, kupując porządne sandały w bardzo polskiej (nie indonezyjskiej) cenie oraz turystyczny plecak.

Kiedy jechałem pociągiem do Probolinggo ktoś napisał do mnie z biura na lotnisku w Dżakarcie. Bagaż dotarł do Indonezji cztery dni za późno. Chcieli go wysłać za mną, ale wiązało się to z ryzykiem, że bagaż będzie mnie ścigał od miasta do miasta, nigdy nie docierając na czas. Poprosiłem o jego odesłanie do Krakowa. I tego też się nie doczekałem.

Kiedy po około 4-5 dniach nic się nie wydarzyło napisałem do osoby z biura na lotnisku, która się do mnie odezwała. Do dziś nie wiem, która to była z nich. Czy była to jedna z kobiet, czy mężczyzna których poznałem potem odlatując z Dżakarty. Znałem tylko jej numer na WhatsApp.

Okazało się, że nie wysłali i bagaż czeka nadal w Dżakarcie. W dniu odlotu mogłem iść po niego i go odebrać. Co też nie było zbyt proste, no bo nie można wejść z ulicy do hali przylotów. Musiałem odnaleźć właściwe wejście "loading unloading documents", ukryte głęboko w trzewiach lotniska, przejść przez kontrolę bezpieczeństwa dla pracowników, pod okiem kiepsko znających angielski ochroniarzy, którym dłuższą chwilę musiałem tłumaczyć o co chodzi. W końcu ktoś wyszedł po mnie i trafiłem w to samo miejsce gdzie byłem przed przeszło dwoma tygodniami. Potem jeszcze podpisywanie kolejnych papierów i szybki spacer do magazynu z zagubionymi bagażami.

Udało się, był tam. Skorzystałem z niego jeszcze w ostatnim momencie, szybko przepakowując się i zmniejszając rozmiar podręcznego bagażu (tym razem plan był lecieć tylko z podręcznym) i przebierając się w wygodniejsze ubrania do lotu.

Potem zastanawiałem się tylko, czy w Warszawie dadzą radę, bo znowu na przesiadkę miałem trochę mniej niż półtorej godziny, ale w drodze powrotnej wszystko się udało.

Na zdjęciu obydwa plecaki (indonezyjski po lewej i odzyskany po prawej) w oczekiwaniu na wyjazd z Dżakarty: